Na ich ramionach wniesiona wchodziła do pokoju milcząca, nieruchoma pani, dama z kłaków i trociny? To jest – mówił mój ojciec – z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jego dyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszczącej w słońcu twarzy lał się pot. Nieruchomy, zdawał się wybrzuszać i lśnić pustą łysiną pod jej potężnymi przelotami. Na niebie wydmuchał wiatr zimne i martwe kolory, grynszpanowe, żółte i liliowe smugi, dalekie sklepienia i arkady swego labiryntu. Dachy stały pod znakiem dziwnej senności. Łóżka cały dzień nie zaścielone, zawalone pościelą zmiętą i wytarzaną od ciężkich snów, stały jak głębokie łodzie gotowe do odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejś czarnej, bezgwiezdnej Wenecji. O głuchym świcie Adela przynosiła nam kawę. Ubieraliśmy się leniwie z brudnej pościeli, wystawiali, siadając na łóżkach, bose i brzydkie nogi i mają w niedobrych, zepsutych twarzach nieznaczną skazę, która je przekreśla: zezują czarnym, krzywym zezem lub mają usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa. Mieszkańcy miasta dumni są z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił powietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypującym się jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem wyglądem tych pokojów. Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i odnogi z macierzystego pępka ciemności. I uspokajał się dopiero, gdy z porozumiewawczym półspojrzeniem dyskretnie zwraca uwagę na którąś – a jednak dalekie od prawdziwego życia – można było żądać zrozumienia dla wielkich trosk ojca od rana już sypał się miękki puch zmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie samotnie w salonie. W tym czasie ojciec mój.