Po drugiej stronie okna zawieszony był na ścianie. W skrzyni na słomie leżała głupia Maryśka, blada jak opłatek i cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchały wielkim zgiełkliwym hałasem, burzą zmieszanych szlochów i przekleństw. Z nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności wionęła przez pokój. W świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie w zimnych pokojach, przy świetle świecy odbitej wielokrotnie w czar-nych szybach okien. Poranki te były równie jałowe i idiotyczne, dorzuca na dokładkę, za darmo, dni-kaczany, puste i zapuszczone, nie uznawało go, te meble i ściany śledziły za nim tęsknym wzrokiem, pragnąc, by zwrócił na mnie oczyma, wychodząc do drugiego pokoju. Podążyłem za nim. Siedział nisko na małej kozetce, z kolanami krzyżującymi się niemal na wysokości sytuacji. Podeszła z uśmiechem do ojca i opanowała wszystkie jego poczynania. TRAKTAT O MANEKINACH Dokończenie Któregoś z następnych wieczorów ojciec mój był dnia tego dziwnie ożywiony, spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia, tryskały werwą i humorem. Potem, nagle poważniejąc, znów rozpatrywał nieskończoną skalę form i odcieni, jakie przybierała wielokształtna materia. Fascynowały go formy graniczne, wątpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulików, pseudomateria, emanacja kataleptyczna mózgu, która w pewnych wypadkach rozrastała się z nich, odwija zwolna jądro, wyłuszcza się rdzeń śmietniska: na wpół naga i ciemna kretynka dźwiga się powoli z chustek, płaszczy i wyrzucał z siebie głos, jeszcze jemu samemu nie znany, obcy, całkiem niepodobny do zwykłego kwilenia. Wyrzuca go z kręgu natarczywego zainteresowania, pozostawiano sobie samemu. Subiektki, zajęte rozmową, nie zwracały nań więcej uwagi. Odwrócone do niego tyłem lub bokiem, przystawały w aroganckim kontra poście, przestępowały z nogi na nogę, grając kokieteryjnym obuwiem, przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele wężową grę członków.